Keth |
Mistrz Gry |
|
|
Dołączył: 30 Sie 2007 |
Posty: 4663 |
Przeczytał: 0 tematów
|
Skąd: Nibylandia Płeć: Mężczyzna |
|
|
 |
 |
 |
|
Toya, dystrykt Shannon, Dorgal Alley 105, 19 julius 831.M41, godz. 21.43
Chociaż Martha Bothe budziła w Brachusie mieszane uczucia, Ganfańczyk dokładał wszelkich starań, aby jej przypadkiem nie urazić jakimś źle dobranym słowem lub zbyt śmiałym spojrzeniem w głęboki i kuszący swą zawartością dekolt. Venner zdawał sobie sprawę z faktu, że Thorn dalece przewyższał go elokwencją i umiejętnością obchodzenia się z rozkapryszoną arystokracją, jednakże jego zwierzchnik niezmiernie rzadko zabierał głos, jakby dawał Brachusowi do zrozumienia, że pozwala mu przejąć prowadzenie i pełni raczej rolę obserwatora, gotów działać w chwili, kiedy jego podkomendny narobi kłopotów.
Venner uważał w skrytości ducha, że wyniosła kobieta jest wyjątkowo przystojna, toteż najchętniej przełożyłby ją sobie przez kolano, wymierzył kilka siarczystych klapsów w pośladki, a potem zapędził odartą z sukni do sypialni, by tam w spokoju kontynuować zaloty, ale wiedział też doskonale, że ganfiańskie obyczaje w najmniejszym stopniu nie pasowały do surowej scintillijskiej rzeczywistości.
- Nie, nikt więcej nie zaginął – oświadczyła córka Santry Hollis – Moja matka opuściła dom razem ze swoim ochroniarzem, wszyscy pozostali członkowie służby są tutaj... są, Horatio?
- Tak, moja droga – kiwnął głową prawnik Hollisów – Śpieszę panów zapewnić, że tak się właśnie mają sprawy, albowiem sprawdziłem ów fakt osobiście po przybyciu do rezydencji.
- A czy pani matka miała wrogów, którzy byliby powiązani z tym zniknięciem? – kontynuował przesłuchanie Brachus, kątem oka zerkając na siedzącego z kamienną miną Thorna.
- Moja matka miała wielu wrogów – odparła natychmiast Martha Bothe – Trzymała hołotę w tłoczni żelazną ręką, a plebsowi się to nie podoba, oni lubią podnosić łby i pyskować. Parę razy grożono jej śmiercią, a raz próbowano bestialsko zamordować, ale to miało miejsce kilka lat temu. Tamci ludzie... o ile kogoś takiego można ludźmi nazywać, zostali zabici przez obronnego serwitora matki. Od tego czasu mieliśmy spokój, Imperatorowi niechaj będą za to dzięki.
- Pani Hollis nie była darzona sympatią swych podwładnych – wtrącił Horatio Grimms – Ale nikt przecież nie oczekuje miłości ze strony robotników. Ich obowiązkiem jest karna służba Imperium, posługa poprzez ciężką pracę. Do tego zostali stworzeni i takie jest ich powołanie w życiu. Kto podnosi głos lub rękę na lepszych od siebie, obraża Boga-Imperatora i wodzi duszę na pokuszenie. Pani Hollis zawsze twardo się trzymała tej świętej prawdy. A po tym nieszczęsnym zamachu nikt już nie poważył się na kolejne zbrodnicze knowania przeciwko jej osobie.
- I nie mają państwo żadnych podejrzeń mogących naprowadzić nas na trop sprawców? – Brachus zmarszczył nieco czoło, czując jak prosta ścieżka jego dedukcji zmierza ku ślepemu zaułkowi – A czy pani matka nie miała przy sobie osobistego komunikatora? Albo jej ochroniarz?
- Mieli oboje – Matha Bothe po raz pierwszy zdradziła jakiś ślad niepokoju, błyszczący gdzieś w głębi intensywnie niebieskich oczu – Obydwa są wyłączone, od wczoraj próbujemy na nie dzwonić. Otrzymujemy wyłącznie informację jakiegoś Ducha Maszyny, że połączenie nie jest możliwe do zrealizowania, bo odbiornik nie emituje sygnału.
- A kim był ten towarzyszący jej człowiek? – odezwał się spokojnie Thorn, przesuwając paznokciami prawej dłoni po krawędzi lakierowanego stołu – Pokładaliście w nim zaufanie?
- Lenart deWit, bardzo poważny człowiek, bardzo kompetentny – odparł Grimms – O ile się nie mylę, służył w bazie Sił Obrony Planetarnej w Lanzerocie, w stopniu porucznika albo kapitana. Doskonały partner do ćwiczenia szermierki.
- O ile ktoś czerpie przyjemność ze spoufalania się ze służbą – dodała z ewidentną przyganą w głosie panna Bothe – Niemniej muszę przyznać, że deWit bardzo sumiennie podchodził do swoich obowiązków. Matka również miała o nim bardzo wysokie mniemanie, a proszę mi wierzyć, niewielu zdołało w życiu zdobyć jej uznanie - w pretensjonalny ton kobiety wdarła się leciutka nuta żalu zabarwionego goryczą.
- Poproszę panią o numery tych komunikatorów – powiedział Venner.
- Czy to już koniec tej męczącej rozmowy? – odpowiedziała Martha Bothe sięgając jednocześnie po elegancki notesik leżący w wysuniętej ze stołu szufladce – Rozumieją panowie chyba, że nachodzenie nas o tej porze stanowi naruszenie dobrych zwyczajów, więc jeśli to możliwe, chętnie bym panów teraz pożegnała. Jestem roztrzęsiona zniknięciem matki i potrzebuję spokoju. |
|