Keth |
Mistrz Gry |
|
|
Dołączył: 30 Sie 2007 |
Posty: 4663 |
Przeczytał: 0 tematów
|
Skąd: Nibylandia Płeć: Mężczyzna |
|
|
 |
 |
 |
|
8 lutego 2309, godz. 11.30, Drugi Sektor Korporacyjny
Nathaniel Robinson skradał się poprzez ciemne zakamarki tunelu komunikacyjnego, starając się trzymać przez cały czas poza zasięgiem wzroku ostatnich ratowników w szyku. Mężczyźni poruszali się bardzo ostrożnie, a ich noktowizory co rusz omiatały przestrzeń za sobą, ale wyposażony w taki sam sprzęt Robinson zastygał w kompletnym bezruchu za każdym razem, kiedy wzrok porywaczy padał w jego kierunku.
Nath doszedł do bezsprzecznego wniosku, że ma do czynienia z porywaczami, z ludźmi, którzy z sobie tylko znanych powodów uprowadzili jakiegoś człowieka z korporacyjnego biura, nie szczędząc przy tym wysiłków, by przebić się w brutalny sposób do wnętrza zabezpieczonego hermetycznie pomieszczenia. Oficer ochrony floty pamiętał, że senator i jego świta nie posiadali własnych kombinezonów próżniowych, a płynące z tego faktu wnioski budziły w Nathu chłodny dreszcz lęku. Porywacze wypalili dziurę w śluzie biura, a następnie wyprowadzili ze środka jedną osobę, wleczoną teraz pod ramiona i okładaną co chwila kolbami karabinów. Chociaż nie miał całkowitej pewności w tym względzie, Nathaniel gotów był założyć, że odzianym w skafander więźniem musiał być senator Ottmeyer... a to znaczyło, że asystenci polityka już nie żyli, najpewniej zabici wskutek dekompresji pomieszczeń biurowych.
Brutalność tego niemal pewnego morderstwa budziła w Robinsonie mieszane uczucia. Były żołnierz wciąż poczuwał się do obowiązków wobec Federacji, a przeciwdziałanie łamaniu prawa do nich należało – i fakt demobilizacji niczego tu nie zmieniał, bo przysięgę na wierność Federacji składało się raz w życiu i dożywotnio, bez względu na pełnioną funkcję. Uzbrojeni ludzie w kombinezonach ratowników nie mieli nic wspólnego z ivendońskimi służbami paramedycznymi, nie mieli też żadnych skrupułów, a w pogłębiającej się opinii Nathaniela musieli maczać palce przynajmniej w części dramatycznych wypadków, które tak ciężko doświadczyły mariposańskich kolonistów.
Nieznany pozostawał w zasadzie tylko motyw tej zbrodni. Z braku innych dowodów Nathaniel założył, że chodziło o porwanie dla okupu lub porwanie dla celów politycznych: obydwa wydawały się równie prawdopodobne, skoro tak wpływowy polityk jak federalny senator zasiadał jednocześnie we władzach korporacyjnych. Robinson pomyślał z cierpką goryczą, że już sam przypadek Ottmeyera dowodził niezbicie nieprawidłowości systemu politycznego zezwalającego na łącznie obu tych funkcji, ale zdawał sobie jednocześnie sprawę jak głęboko korporacje były powiązane z federalnym systemem sprawowania władzy. To właśnie te potężne organizacje finansowały gros procesów kolonizacyjnych w nowych systemach, przeprowadzały terraforming planetarny, przodowały w badaniach naukowych zlecanych przez rząd. Odcięcie ich od partycypowania w rządzeniu mogło krytycznie wstrząsnąć fundamentami Federacji, potwierdzając wysuwane przez wielu ekspertów opinie, że fundamenty owe są w istocie glinianymi nogami federalnego kolosa.
Zatem porwanie, dla jakiegokolwiek celu.
Kopuła Drugiego Sektora Korporacyjnego zabudowana była szeregach budowli firmowych reprezentujących prywatne instytucje zaangażowane w prace kolonizacyjne Mariposy. Stawiający ostrożnie krok za krokiem Robinson mijał loga korporacji takich jak Dynetec, Dai Lai czy Nefentar, a także wielu pomniejszych, o regionalnym obszarze działalności.
Grupa porywaczy dotarła do frontonu przedstawicielstwa Kor-Azoth. Jeden z nich zaczął pilnować więźnia, zmuszonego do klęknięcia na ulicy z lufą broni przystawioną do hełmu skafandra, dwaj uruchomili przenośne palniki przygotowując się od wycięcia kolejnych zamkniętych hermetycznie drzwi, pozostali zaś zajęli pozycje po obu stronach frontonu omiatając lufami broni przestrzeń wokół siebie w poszukiwaniu śladów zagrożenia.
Klęczący za narożnikiem jednego z oddalonych od rezydentury Kor-Azoth Nathaniel poczuł zimne ciarki na myśl o tym, że nagła dekompresja wnętrza korporacyjnego budynku mogła pociągnąć za sobą śmierć pracowników, nie mógł bowiem wykluczyć, że w środku byli jacyś odcięci od schronu grodziami awaryjnymi ludzie.
Postacie w kombinezonach ivendońskich ratowników nie zaprzątały sobie głów kwestiami moralno-etycznymi, z uruchomionych niemal jednocześnie palników trysnęły wąskie snopy błękitnych płomieni. |
|