Keth |
Mistrz Gry |
|
|
Dołączył: 30 Sie 2007 |
Posty: 4663 |
Przeczytał: 0 tematów
|
Skąd: Nibylandia Płeć: Mężczyzna |
|
|
 |
 |
 |
|
Słysząc wygłoszoną pewnym siebie głosem poradę Radosława Bronisza pan Salwarski nastroszył umoczone w piwie wąsy i uderzył pięścią w drewno stołu.
- Bóg mi świadkiem, wielce obeznani waszmościowie w taktykach walk w górach - powiedział z ogromnym przekąsem - Mus wam zatem wiedzieć, że czeladź po wioskach już dawno krąży, a wypatruje zbójnickich posłańców, coby się na nich zasadzić. Staroście nie taktycy potrzebni, jeno bitni herbowi, którzy się zbroczyć szabli nie lękają!
- I nader chętnie byśmy was stalą wsparli, gdyby nie nasza misja, która zwłoki nie ścierpi - odpowiedział wciąż spokojnym głosem Gustaw, chociaż ton Salwarskiego niezbyt mu się podobał - Mus nam do Żiliny, listy poufne tam wieziemy z Żywca.
- Wielka to szkoda - odparł pan Mirski łapiąc za rękaw Salwarskiego i niemym tym gestem przywołując naburmuszonego nieco kompana do porządku - My właśnie w drugą stronę, na Żywiec, zbierać szlachetnie urodzonych, by ciągnęli na Rycerkę z pomocą. Starosta Ambroży wielce z podstarościego niekontent, chociaż go jeszcze z funkcji nie zdjął, i cosik mi się widzi, że herbowi sami muszą tę sprawę w ręce wziąć. Wszyscy się do Boga modlimy, by sędziowski jedynak jeszcze żył.
- Sędziowski jedynak? - odezwał się pan Tomasz - Przecie chwilę temu żeśmy słyszeli, że te zbóje córkę sędziego porwały.
Mirski i Salwarski roześmiali się niewesoło, szybko na powrót marsowe przybrali miny.
- Gawiedź plecie niestworzone rzeczy - oświadczył niższy ze szlachciców - A co przełęcz dalej człek ucha nadstawi, tym cudaczniejsze opowieści usłyszy. Rzecz idzie nie o córkę, bo ta bezpieczna u sióstr urszulanek, jeno o syna sędziego Kmity, dwunastoletniego pachoła, co go Kmita tydzień temu na południe wyprawił, do szkół włoskich na nauki. Pół dnia jeno od dworu otrok odjechał jak go zbójcy napadli. Dziesięciu hajduków miał przy sobie, służącego, a przybocznego pedagoga i prawie wszyscy gardła dali w zasadzce. Ledwie czterech pachołków uciekło, do Rycerki wieści przynieśli o napaści.
- I dwustu ich zbójców napadło? - zdziwił się pan Krzysztof - Toż to kupa chłopa wielka, takiej się w górach skrywać trudna sprawa.
- Jakich dwustu? - przewrócił oczami Salwarski, upijając ponownie łyk piwa z glinianego kufla - Toć nie dawajcie wiary w to, co pospólstwo plecie, waszmościowie. Z sześć tuzinów ich było, nie więcej, a teraz już mniej, bośmy w lesie na Oziernicy się nie oszczędzali, też żeśmy paru usiekli w gęstwinie. A pani Gębicka we wściekłość wpadła taką, co iście białogłowie nie przystoi, jak się jeno zwiedziała, że jej syn ciężko ranny. Całą swoją czeladź pod broń zwołała i sama przy szabelce stanęła, w góry poszła.
- Nie tak do końca poszła - mrugnął do Krzysztofa porozumiewawczo pan Mirski - Mus wam wiedzieć, waszmościowie, że pani Gębicka swoje już ma lata, dobrodziejka, a swą wagą wdwakroć wiekowi dorównuje. Biedny ów koń, któren by ją musiał dźwigać, ale się sama nad zwierzęciem ulitowała, przeto obnosić się każe w lektyce.
- A jest jakiś herszt tych bandytów, co tak za skórę zaleźli staroście? - zapytał Zieliński.
- A jużci, że jest - odparł natychmiast Stawiarski - Oj, znany to tutejszy hultaj, choć dotąd przeciwko herbowym nie ważył się wystąpić, harnaś przeklęty! Jasiek Komoda się zwie, psubrat.
- Wybaczcie, waszmościowie, że się na chwilę oddalę - Anton Kunica podniósł się z ławy - Mam ci ja w ukrycie flaszkę czy dwie przedniego węgrzyna, rychło wrócę, to przy zacnym trunku dokładnie opowiecie, co się w górach wydarzyło. |
|