Keth |
Mistrz Gry |
|
|
Dołączył: 30 Sie 2007 |
Posty: 4663 |
Przeczytał: 0 tematów
|
Skąd: Nibylandia Płeć: Mężczyzna |
|
|
 |
 |
 |
|
Zaspokoiwszy swą ciekawość goście sędziego Kmity dali gospodarzowi do zrozumienia, że nie muszą już dłużej przebywać w nieco uciążliwej dla ich powonienia obecności więźniów, albowiem pobyt w ciemnicy nie sprzyjał dbałości o higienę. Wypędzeni z izby przez Mikołaja hajducy podnieśli larum błagając swego pryncypała o zmiłowanie, stary Kmita nie był jednak w nastroju do wysłuchiwania ich rozpaczliwych próśb. Otrzymawszy kilka kułaków pachołkowie zostali wywleczeni za próg przez pomocników Mikołaja, drzwi zatrzasnęły się za nimi z donośnym trzaskiem.
- Cóż, wiemy już wszystko o samym napadzie, mości gospodarzu – tym razem pan Krzysztof nie odmówił sobie napitku, dolał do kubka wina delektując się jego półsłodkim smakiem – Wiemy też, że większość złota Stasia było w italijskiej monecie. To dobrze, bo takie monety to nie lada rzadkość w tych stronach, jeśli kto takie floreny wydawać napocznie, rychło na się uwagę ściągnie. A kto wiedział, że wasz syn się w taką podróż wyprawia? W tajemnicy to było zachowane czy nie?
- Cóż, w dworze przed nikim tego nie skrywałem – przyznał dość niechętnie gospodarz – Służba wiedziała, ale ode mnie prawie nikt do Rycerki ani dalszych osad nie zachodzi i gości też zbyt wielu nie miewam...
- Niemniej jednak każdy parobek i każda służąca wiedziała, że Stasio do Włoch wybywa, tak? – upewnił się Krzysztof Zieliński, w duchu marszcząc czoło na myśl o wszystkich ewentualnych podejrzanych.
- Tak – kiwnął jeszcze niechętniej głową Kmita, najpewniej wyrzucając sobie w duchu niedbalstwo w zachowaniu podpowiadanej przez rozsądek dyskrecji – W dworze wiadomo to było wszystkim.
- Rzeknijcie nam teraz cosik innego, panie sędzio – Radosław poprawił się wygodniej w krześle, podwinął sobie rękawy – Z racji swego stanu, a funkcyji pewnikiem miewaliście zatargi z okolicznymi możnymi, prawda? Czy aby któren z nich...
- Wykluczone! – podniósł obie ręce Kmita – Te strony przez starą są szlachtę zasiedlone, tutaj każdy się z honorem obnosi dumnie. Gdyby kto miał do mnie żal, a zadrę, toby przeciw mnie z odsłoniętą twarzą stawał, a nie rękę na pacholę podnosił. To ten parszywy harnaś wszystkiemu winien, czarcie nasienie!
Bronisz skinął głową dając do zrozumienia, że przyjął do wiadomości nagły wybuch sędziego. Kmita parsknął raz jeszcze ze złością, potem zabębnił palcami w blat stołu myśląc nad czymś wielce usilnie. Obaj herbowi nie przerywali tego milczenia, bo błogie uczucie sytości zaczynało ich już wprawiać w stan lekkiej drzemki.
- Wielcem jest wam wdzięczny za to, żeście z mej gościny skorzystali – powiedział w końcu gospodarz – Mam ci ja dla was pewną propostę, mości panowie. Sam podeszłego juz wieku jestem i schorowany, ledwie do powozu wsiadam, nie dla mnie gonitwy po leśnych gęstwach. Starosta Ambroży na mą usilną prośbę wycofał swych pachołków z gór, by zbójników nie drażnić, a ku dziecka zgubie nie kusić, bom wciąż się tej odrobiny nadziei nie wyzbył, że Stasio mój może jeszcze między żywymi. Nie wiem, w jaką grę gra harnaś Komoda, ale gotów żem własną partię zacząć i na własnych zasadach. Tedy zechciejcie mnie wysłuchać, waszmościowie.
Stefan Kmita odsunął z głuchym zgrzytem swe krzesło, podniósł się nieco nieporadnie z miejsca, wsparł ciało na lasce o metalowej główce.
- Dam wam swój pierścień i dwudziestu dobrych hajduków, wybiorę ich z pomocą Mikołaja. Chcę, byście pojmali dla mnie Jacka Komodę, żywcem. O innych zbójników mi nie idzie, czy ich powiesicie czy przepędzicie na cztery wiatry, mnie to obojętne. Chcę mieć harnasia, w powrozach, w tej izbie i to jak najszybciej.
Zieliński i Bronisz wymienili między sobą ostrożne spojrzenia, które nie uszły uwadze starego sędziego.
- Pozwólcie za mną, waszmościowie – gospodarz podszedl do bocznych drzwi, otworzył je i przeszedł do sąsiedniej izby, większej od jadalnej, o ścianach obwieszonych drogimi orientalnymi kobiercami – Mam ci ja wiele do pokazania waszmościom, bom za młodu w róznych stronach bywał i wiele suwenirów do domu zwoził.
Kmita otworzył jedną z licznych w pomieszczeniu szaf, wyjął z niej przepięknie szyty aksamitny żupan oraz równie piękny pas nabijany pozłacanymi guzami inkrustowanymi mnóstwem cyrkonii. Odłożywszy niebywale kosztowny strój na pobliski stół sędzia sięgnął z kolei do drewnianej skrytki w ścianie izby, wyjął z niej niewielkie pudełeczko, z niego zaś wydobył coś, co odebrało panu Krzysztofowi dech w piersiach.
Była to doskonałej roboty krócica o kolbie wykładanej masą perłową, a przynajmniej tak się zachwyconemu szlachcicowi wydawało. Widząc jego minę sędzia uśmiechnął się pod nosem, a potem zaczął wykładać na stół bogato zdobione i inkrustowane klejnotami tureckie kindżały, srebrne i złote bransolety, pysznie tkane uprzęże dla koni. Otaczające herbowych szafy zdawały się skrywać w swych przepastnych wnętrzach ogromny majątek, a obaj żywieccy posłańcy mieli wrażenie, że chytry sędzia pokazuje im zaledwie ułomek swego dorobku życia.
- Sami widzicie, waszmościowie, że mam ja czym się za waszą pomoc odwdzięczyć – powiedział gospodarz – Choć miłe to dla oka i serca łupy, do grobu ich ze soba nie zabiorę, a nad gronem już jedną nogą stoję. Jeśli mi Komodę w pętach przywleczecie, suto was wynagrodzę, wyjedziecie stąd bogaci jak nigdy dotąd.
Obaj goście wciąż nic nie mówili, chłonąc jedynie wzrokiem wykładane na stół eksponaty. Sędzia uśmiechnął się ponownie, iście niczym lis wkradający się właśnie do kurnika.
- Mam ci ja na koniec jeden skarb jeszcze, sercu chyba najdroższy – oznajmił odkładając wysokie skórzane buty do konnej jazdy, z olśniewającymi ostrogami, które w opinii Bronisza musiały być południowej roboty, italijskie lub hiszpańskie – Waszmościowie obaj jeszcze kawalerowie czy już usidleni przez Amora?
- Jam jest wolnego stanu – odpowiedział ostrożnie Radosław Bronisz przeczuwając powoli, dokąd zmierzał ten akuratnie wątek rozmowy – I mój towarzysz również.
- Mam córkę siedemnastoletnią, czas jej do zrękowin się szykować, alem dotąd kawalerów precz gnał, bo gołodupcy byli, więcej ich posag interesował jak ona sama. Wielce to gładka dziewka, u sióstr urszulanek chowana, miła i obyczajna, a i w domu okręcić się potrafi. Jeśli który z waćpanów prawy i honorowy jest, a przy tym w uczuciach stały, jeśli mi tę przysługę wyświadczy i Komodę schwyta, gotów z nim będę do stołu siadać, a o ożenku rozmawiać. I o posagu, rzecz jasna, a możecie mi wierzyć, mało kto w okolicy mógłby się takim posagiem poszczycić. Raczcie chwilę zaczekać... gdzieś tu go miałem...
Sędzia zaczął czegoś szukać w niewielkiej szkatułce z drogiego gatunku drewna, mruknął do siebie z zadowoleniem, wyciągnął z niej niewielki portrecik namalowany wprawnym pędzlem utalentowanego artysty. Bronisz uniósł znacząco brwi spoglądając na blade lica, dumne rysy i długie rzęsy szlachcianki o modrych oczach i delikatnie wykrojonych ustach.
- Zaiste urokliwa białogłowa – przyznał czując, że takt nakazuje w jakiś sposób skometować ów portrecik. Sędzia pokiwał z zadowoleniem głową słysząc ten całkowicie zasłużony podług obrazka komplement.
- Cóż zatem rzekniecie, waszmościowie? – zapytał wspierając się na swej lasce. |
|