Keth |
Mistrz Gry |
|
|
Dołączył: 30 Sie 2007 |
Posty: 4663 |
Przeczytał: 0 tematów
|
Skąd: Nibylandia Płeć: Mężczyzna |
|
|
 |
 |
 |
|
Kręta droga wiodąca ku Hańczówce wyszła nagle poza drzewa, ku niewielkiej kotlinie, w której rozsiadł się okolony częstokołem dworek mogący być przez swą okazałość wyłącznie siedliskiem sędziego Stefana Kmity. Konni wstrzymali na chwilę swe wierzchowce, wodząc wzrokiem po krytych słomą strzechach budynków gospodarczych i gontach samego dworu, ledwie dostrzegalnych ponad wysokim ogrodzeniem.
- Słońce się ku zachodowi chyli - zauważył Radosław - Mus nam grzecznie, a obyczajnie się zachowywać, to może nam sędzia gościnę zaoferuje, bo jakoś mi nie smak pod drzewami spać, na igliwiu i trawie.
- Zawsze to milej w czterech ścianach - zgodził się Krzysztof - Ruszajmy.
Herbowi zjechali w dół stoku, mijając usytuowane na zboczach kotliny pastwiska, gdzie grupka obserwujących ich pachołków zaganiała właśnie w jedno miejsce stadka beczących donośnie owiec. Bystry wzrok Bronisza wychwycił kilka kucających nad wartkim potokiem niewiast w ubiorach służby, piorących w zimnej wodzie ubrania. Co z miejsca rzucało się w oczy, a raczej w uszu to panująca przy tej czynności cisza. Radosław przyzwyczaił się już do widoku rozgadanych i śpiewających niezmiennie wesoło praczek, toteż ten widok nieco go zmartwił.
Lecz przecież obaj szlachcice wiedzieli doskonale, że wjeżdżają w progi człowieka, który właśnie stracił jedynego syna. Nieopaczny wybuch śmiechu w takim miejscu o tym czasie mógł oznaczać rózgi na gołe ciało albo i gorszą jeszcze karę.
Kiedy zjechali pod uchyloną bramę częstokołu, przywitało ich kilku noszących szable i topory hajduków z czerwonymi szarfami na ramionach.
- Witam waszmościów - rzekł jeden z nich zagradzając żywieckim posłańcom drogę - Jakie waćpanów miana i co sprowadza w nasze progi?
- Pilne wieści dla uszu samego sędziego Kmity - odparł czym prędzej Zieliński - Jam jest Krzysztof Zieliński, mój towarzysz zaś to pan Radosław Bronisz. Obaj obecnie w służbie żywieckich rajców. Przynosimy nowiny dla sędziego, które jego syna się tyczą, ale on sam w swej osobie musi nas wysłuchać, bo wielce to ważna sprawa.
Przewodzący czeladzi hajduk podrapał się po głowie, potem zaś ruchem ręki polecił towarzyszom, by ci zatroszczyli się o konie gości, sam zaś polecił zsiadającym z siodeł herbowym podążyć za sobą. Kilku pachołków rozwarło czym prędzej drzwi dworu i obaj poprzedzani przez hajduka szlachcice znaleźli się wpierw w kiepsko oświetlonej, aczkolwiek gustownie urządzonej sieni, później zaś w sporych rozmiarów izbie, gdzie po chwili dołączył do nich sam gospodarz.
Sędzia Stefan Kmita okazał się zamierzchłym w latach człowiekiem, blisko sześćdziesięcioletnim, zgarbionym i wyraźnie schorowanym, o niedbale zwichrzonych siwych włosach i podkrążonych oczach, które zdradzały dłuższy brak snu.
- Witam waszmościów - głos szlachcica zdawał się zadawać kłam aparycji, albowiem był silny, przepojony gniewną, choć i smutną zarazem nutą - Gość w dom, Bóg w domu. Raczcie zaspokoić od razu żądną wieści ciekawość ojca i rzeknijcie, jakie nowiny mi przynosicie? |
|