Keth |
Mistrz Gry |
|
|
Dołączył: 30 Sie 2007 |
Posty: 4663 |
Przeczytał: 0 tematów
|
Skąd: Nibylandia Płeć: Mężczyzna |
|
|
 |
 |
 |
|
Słysząc pytanie Zielińskiego Mikołaj wzruszył ramionami i potrząsnął swą głową, omal nie tracąc przy tym swej lisiej czapy.
- Pójdziemy, kędy waszmościów wola – oznajmił burkliwie, oglądając się jednocześnie na szereg maszerujących środkiem górskiej drogi pachołków – Tak tylko pytam, coby zdrożną ciekawość zaspokoić.
- Zatem najpierw do Rycerki, do starosty Ambrożego – zdecydował pan Krzysztof, lekko spinając konia ostrogami, bo znudzony ospałym tempem wierzchowiec zaczął przejawiać zainteresowanie rosnącymi na poboczu kępami soczystej trawy – Języka tam zasięgniemy, może kto co nowego o Komodzie słyszał albo i już go pojmać zdołał. Mus nam się wpierw wywiedzieć wszystkiego, a dopiero potem w wysokie góry ruszać.
Hajduk pokiwał zdawkowo głową w geście, który zdał się herbowym oszczędną w uczuciach aprobatą, a potem wstrzymał swego konia dając się wyprzedzić pieszym i obserwując ich bacznie, w szczególności zaś trzymającą się siebie czwórkę nieszczęsnych pachołków wypuszczonych z ciemnicy, jedynych ocalałych z napadu na orszak sędziowskiego pacholęcia. Radosław zdążył zauważyć, że chociaż wszyscy czterej wielce byli z tytułu uwolnienia szczęśliwi, to jednak markotne przybrali miny, ustawicznie dręczeni złośliwymi przytykami swych towarzyszy.
- Popędźmy trochę konie, bo nam huncwoty całkiem się rozleniwią – zasugerował Bronisz, kiedy paru hajduków zaczęło śpiewać wiejską piosenkę pełną sprośnych opisów wdzięków figlarnej żony młynarza. Zieliński nie oponował.
Podróż do grodu starosty Ambrożego nie trwała dłużej niż półtoej godziny, wiodąc szlachciców krętym górskim szlakiem przez okolicę zapierającą dech w piersiach swym majestatycznym pięknem nawet zobojętniałemu na co dzień na takie widoki Zielińskiemu. Nie były to co prawda strzeliste Tatry, ale Beskid żywiecki też potrafił ująć za serce zielenią gęstych lasów, pnącymi się ku niebu stokami gór i dźwięcznym ptasim trelem.
Rycerka leżała na podobieństwo Hańczówki w niewielkiej górskiej dolinie, lecz w przypadku tej akurat osady od razu rzucała się w oczy spora liczebność murowanych domostw o zadbanych dachach i obejściach oraz niewielki dwór przypominający raczej warowny zameczek, położony po przeciwnej stronie mieściny, będący bez wątpienia siedzibą starosty grodzkiego. Zjeżdżając szlakiem ku uliczkom Hańczówki herbowi wyławiali bez trudu wzrokiem liczne postacie w szlacheckich strojach oraz towarzyszących im pachołków, kręcące się wszędzie hałaśliwie, dyskutujące z ożywieniem pośrodku przejścia lub pozwalające sobie na stonowane warcholstwo. Widać było, że niektórzy panowie bracia nie na spoczynku minioną noc spędzili, jeno na swawoli, bo teraz przesiadywali przy żłobach ze zbolałymi minami, mocząc co chwila wygolone głowy w lodowatej wodzie.
Wiodący swą ekspedycję Zieliński i Bronisz wymieniali z mijanymi szlachcicami zdawkowa pozdrowienia, szukając kogoś znaczniejszego z wyglądu lub bardziej rzeźwego po gębie z zamiarem pociągnięcia go za język. I natrafili na takiego człowieka opodal niewielkiego ryneczku, na którym sprzedawcy warzyw przekrzykiwali się z przechodniami zachwalając swe towary. Był to jadący konno młody mężczyzna o posępnej, zawziętej twarzy, u boku noszący nie szablę, lecz długi prosty miecz. Wiódł on grupkę hajduków podobnych z wyglądu i ubioru do własnych pachołków Zielińskiego i Bronisza, lecz nie oni zwrócili na się uwagę żywieckich posłańców, tylko dwaj inni konni wlokący się za młodzieńcem z mieczem, o doskonale znajomych twarzach.
- Witajcie, panowie bracia – roześmiał się Radosław Bronisz – Gustaw Leszcz i Tomasz Milczek we własnych to osobach czy też mnie niemłode już oczy mylą? Iście ogień wrzeć musi w zadkach waszych kobył, żeście tak chwacko do Żiliny i z powrotem obrócili! |
|